wróciłam.. kilka tygodni temu. z bagażem doświadczeń i wrażeń, nowymi znajomościami i opanowanym językiem angielskim. warto było.
masa porównań - przede wszystkim szkoła i nauczyciele, podejście do nauki i uczniów (nie trzeba dodawać gdzie lepsze..niestety).
ale choć trzeba się przyzwyczaić do nowej sytuacji, to są plusy.
życie toczy się dalej - na nowo odkrywam Wrocław. nowe tramwaje niskopodłogowe i nowe galerie handlowe:P
wreszcie mogę spędzać czas ze swoimi rodzicami i swoją siostrą. tymi prawdziwymi:)
spotykam się z przyjaciółmi - wreszcie można pogadać na żywo, a nie przez telefon czy skype.
L.O.V.E - zbyt długie i poplątane, żeby opowiadać;)
załatwiam pracę - trzeba jakoś odwdzięczyć się rodzicom za ten rok.
załatwiam szkołę - bo znalazłam lepszą niż moja. chociaż trudno będzie o miejsca w drugiej klasie liceum (chyba, że ktoś nie zdał albo zmieniał klasę).
jadę na wakacje.
do Hiszpanii.
do Alby:)
ostatnie dni w Rockfordzie.
summer festival, ostatni raz w pelnym skladzie - Marcella, Alba i ja.
wieczor, co chwila natykamy sie na znajomych, skladamy zyczenia i dzielimy sie wrazeniami w zwiazku z czekajacym nas wyjazdem.
siedzimy na trawie, rozmawiamy o tym co nas czeka po powrocie. ogladamy pokaz fajerwerkow. trzeba przyznac - nastroj prawie jak na zamowienie.
nastepnego dnia odprowadzamy Marcelle na lotnisko. wszystkie placzemy, chociaz przeciez sie jeszcze spotkamy. pozegnania zawsze sa trudne, chociaz nie myslalam, ze z kims tutaj polacza mnie takie silne wiezy.
dzisiaj jest moj ostatni pelny dzien. od rana probuje upchac w walizkach ile sie da i co 5 minut sfrustrowana dzwonie na lotnisko z pytaniami.
dzien spedze z rodzina, potem pojedziemy po Albe i idziemy razem na kolacje.
a jutro wylatuje do domu. bedzie tak jak wczoraj. tylko o jednego mazgaja mniej :)
wyjezdzam juz za kilka dni. powiedzmy sobie szczerze - wyjazd przysparza wielu stresow. nie tylko ze wzgledu na pakowanie (choc to doslownie koszmar!).
przede wszystkim chodzi o zamkniecie pewnego rozdzialu swojego zycia. wszystko, co mialo sie wydarzyc na tej wymianie juz sie wydarzylo. wszystko "bylo i nie wroci wiecej". zawarte przyjaznie (z niektorymi pozegnam sie byc moze ostatni raz w zyciu), znajomi, nauka w amerykanskiej szkole, niezapomniane doswiadczenia, sporty... juz nigdy nie spotkam sie z Alba i Marcella pod swoja szafka, nigdy nikt nie zwroci sie do mnie "what's up miss Poland?", nie bede cheerleaderka ani nie zagram w noge w zenskiej druzynie. co mi to dalo?
niesamowite przezycia, doswiadczenie, swiadomosc, ze moge sobie poradzic, sprawdzic sie. kolejny pierwszy dzien szkoly, gdzie nikogo nie znalam, niesmialo przedstawialam sie ludziom jako Polish exchange student. a potem ostatni dzien szkoly, ktory spedzilam z przyjaciolmi, jadlam lunch przy jednym z bardziej "zywych" stolow, a na korytarzu slyszalam "what's up?" co kilka krokow. i to wszystko pokazuje jak szybko mozna sie wtopic w pewne srodowiska, zawrzec znajomosci, osiagnac cos z dala od domu.
jezyk angielski. poczatkowo musialam zastanawiac sie jakiego czasu uzyc, uwaznie dobierac slowa. po kilku miesiacach wszystko przychodzi latwiej, mowi sie z wieksza swoboda, poznaje sie slownictwo, cale zwroty, slang i wie sie jak ich uzywac. czasy przychodza same, gramatyka nie stanowi duzego problemu, nawet mysli sie i sni po angielsku.
a w domu? wiadomo kto jest przyjacielem, a kto nie. kto wspieral, pisal dzwonil, a kto pod "anonimowymi" nickami zostawial bloto na blogu (chociaz tej osoby to akurat nigdy nie uwazalam za przyjaciolke). kto czeka, a kto nie. do kogo moglam zadzwonic, gdy stalo sie cos zlego.
wreszcie taki wyjazd pokazuje jak bardzo kocha sie swoich rodzicow i rodzenstwo. i chociaz to wszystko mija i trzeba wracac do domu, to pomimo smutku jednak jest radosc z powodu zobaczenia wszystkich bliskich osob. no i powrotu do pierogow:):)
zapomnialam zamiescic ocen na koniec. tak wiec, podsumowujac wszystkie przedmioty jakie tu mialam:
US History A
US Government A
Honors Pre Calculus B
Weight Training A
English 11 A-
Biology A
Design A
Aerobics A-
jak widac wszystko jest mozliwe, nawet w obcym kraju:)
no i sezon sie skonczyl. o ostatnim meczu lepiej nie mowic, bo w koncu o nieprzyjemnych rzeczach lepiej nie rozmawiac..:)
nie wiem czemu gralam w noge - chyba dlatego, ze w Polsce nie za bardzo jest jak, a chcialam sie przekonac co ludzie (czyt. faceci) w tym widza.
umiejetnosci wybitnych nie mialam (duh!), ale jakos dostalam sie do druzyny (JV, nie Varsity tym razem ;P).
mialam numer 10 (na tym zdjeciu pokazuje kciukiem na swoj numer a nie robie poze modelki ;P).
chcialam 12 jak Andriej Fietisow albo 7 jak Tanel Tein, ale te byly juz zajete. w druzynie bylam z Marcella i Laura (Alba sie wylamala na rzecz lekkoatletyki. szybko dotarlo do niej, ze nie byl to najmadrzejszy pomysl, bo w Rockfordzie traktuja sporty zbyt powaznie i sie wypisala).
sezon przebiegal gladko - codzienne treningi po 2 godziny, dwa razy w tygodniu mecze. gralam jako prawy obronca, czasem (bardzo rzadko) prawy napastnik.

odkrylam radosc gry w noge po tym, jak nauczylam sie kilku rzeczy. jest to trzeba przyznac meczace - duzo biegania (zwlaszcza jak sie gra caly mecz), ale jaka to satysfakcja! ;)
niedlugo mamy bankiet - tyle, ze mnie na nim nie bedzie, bo wracam do Polski...
nadeszlo dlugo oczekiwane graduation. rano mielismy probe (troche jak do komunii:P), na ktorej ustawiali nas alfabetycznie, pokazywali jak isc po dyplom, gdzie spotkac sie z rodzicami i tym podobne.
o 5.30 zgromadzilismy sie pod szkola, gdzie zostawilismy samochody i do hali zawiozly nas oznakowane autobusy (nasz byl fioletowy). na miejscu ustawilismy sie rzedami, robilismy zdjecia, dziewczyny dostaly roze i czekalismy, az wprowadza nas do srodka na uroczystosc.

Rafa i Curt

Alba, Laura i ja
w koncu nadszedl ten moment i poddenerwowani wmaszerowalismy do sali, ktora teraz w niczym nie przypominala tej, gdzie rano cwiczylismy. wielkosc Hali Ludowej teraz dala sie zauwazyc, gdy wszystkei siedzenia byly wypelnione goscmi. kiedy wchodzilismy grala orkiestra, a na scianie wisial wielki telebim, w ktorym moglismy zobaczyc kazda wchodzaca pare po kolei. kiedy zajelismy miejsca odspiewalismy hymn i rozpoczely sie przemowy, piosenki i filmiki z uczniami. czesc plakala, bo to w koncu pozegnanie ze znajomymi - kazdy idzie do innego college'u w roznych stanach. potem zaczelo sie wyczytywanie nazwisk i kolejne wchodzenie na scene po odbior dyplomow.
kiedy wszyscy (571 uczniow) odebrali dyplomy wstalismy i odbyla sie jakas rutynowa ceremonia, podczas ktorej przekladamy tassel z lewej strony na prawa na znak, ze nie jestesmy juz uczniami tej szkoly, a potem wszyscy rzucala czapki w gore, co moglismy takze ogladac na telebimie. nastepnie wymaszerowalismy z sali do specjalnych pomieszczen, gdzie spotkalismy sie z rodzinami i przyjaciolmi, ktorzy przyszli na uroczystosc.

z panem od biologii

z Jordanem

sisters:):) (almost)
potem poszlismy do autobusow po nasze plecaki, przebralismy sie w szatniach, a rzeczy oddalismy rodzicom. nadeszla najbardziej oczekiwana czesc imprezy - the after-grad party.
wrocilismy do naszych autobusow, by te zawiozly nas na przyjecie. nikt nie wiedzial dokad jedziemy, bo cale party utrzymywane bylo w scislej tajemnicy.

kiedy wreszcie dotarlismy na miejsce do wielkiego pawilonu kazdy dostal mape i opis atrakcji. okazalo sie, ze roznym pokojom przyporzadkowane byly inne miasta w USA - w kazdym cos charakterystycznego dla danego regionu. moglismy do woli przemieszczac sie po pawilonie i korzystac ze wszystkich atrakcji.
Key West, Florida
pomieszczenie udekorowane rafia, morskimi akcesoriami, z "barem przy plazy" serwujacym owoce, mrozone drinki, muzyka letnia, grami wakacyjnymi i deska surfingowa (cos na podobienstwo mechanicznego byka)

Las Vegas, Nevada
wielkie kasyno z wieloma stolami, zetony mozna bylo wymienic na pieniadze - nie gralam jednak zbyt dlugo, bo w grach karcianych nie mam szczescia. Jordan probowal mi cos tlumaczyc i gralismy razem przez chwile, ale zmienilam pomieszczenie na
Hollywood, California
gdzie moglismy sie przebierac w wielkiej garderobie, nastepnie wybrac piosenke i nakrecic nasz wlasny teledysk. video clip dostawalismy na plytach po skonczonym wystepie

Memphis, Tennessee
kawiarnia, karaoke
Nashville, Tennessee
grill
New Orleans, Louisiana
darmowe karykatury, desery - znow czekoladowa fontanna, ciasta, torty, truskawki, nad ranem sniadanie

Laura i ja:)
New York, New York
pizza, maszyna z pieniedzmi (wchodzisz do maszyny z zawiazanymi oczami, wlaczaja wentylacje i pieniadze lataja dookola ciebie. co zlapiesz to twoje. ja nei probowalam, bo mialam spodnice:)), komicy (jesli wybrali cie na scene i nie rozesmiales sie przez 2 minuty, wygrywalo sie 25$), hipnoza (co ci ludzie wyrabiali na scenie:P), gry
Interstate
kregle, wirtualny roller coaster, wyscigi nascar w stacjonarnych samochodach (gra komputerowa).

nad ranem w Las Vegas odbylo sie losowanie nagrod - od telewizorow po bony do sklepow. ja nigdy w zyciu nic nie wygralam, wiec nie podeszlam do twgo zbyt entuzjastycznie, ale szczescie mi dopisalo i wygralam iPoda nano!:):):):):)
zabawa byla niesamowita! najlepsza impreza na jakiej bylam do tej pory w USA:)
o 4.00 autobusy zawiozly nas pod szkole, skad samochodami wrocilismy do domow.
jakos tak sie stalo, ze moja "mama" zalatwila mi dwa bilety na mecz baseballu, wiec zabralam Marcelle i poszlam.

bylo fajnie, poza tym, ze nie wiedzialysmy o co chodzi. costam rzucali, costam lapali, costam odbijali kijem.. kupilysmy sobie po lodzie, bo bylo goraco i zaczelysmy rozmawiac. i przegadalybysmy w tym samym miejscu caly mecz, gdyby nie zaczelo padac. przenioslysmy sie pod daszek i troche sie wkurzylysmy, bo w to miejsce, w ktorym wczesniej siedzialysmy uderzyla pilka. nie, ze chcialybysmy dostac ta pilka w glowe, ale mozna by ja sobie przywlaszczyc. to by byla pamiatka:)
Marcella zaczela rozgladac sie za chlopakami, ale doszlysmy do wniosku, ze chyba wszystkie ciacha chodza na football albo koszykowke. no i co tam.. mozna bylo porozmawiac w ciekawej scenerii przynajmniej:)

tak to jest jak sie dwie dziewczyny wybiora na mecz gry, ktorej zasad nie znaja. i w ktora nie graja sobowtory Brada Pitta:)
no i nadszedl ten moment, w ktorym trzeba bylo podejsc do egzaminow (mam B z HPC! myslalam, ze tragicznie mi poszlo, a tu prosze..:)), pozegnac sie ze znajomymi z roznych klas i cieszyc sie wolnoscia:)
jako senior w Rockford High School (kazdy exchange student jest seniorem w mojej szkole, bez wzgledu na wiek..) skonczylam szkole juz tydzien temu. jutro czeka mnie graduation.
najwiecej problemow sprawilo mi oproznienie mojej szafki, bo przez nadmiar rzeczy (mialam tam nawet powieszone lusterko:)), ksiazek, zeszytow, zajelo mi to sporo czasu..
z szafki, ktora wygladala tak:


musialam wyniesc wszystko.. na szczescie moja trenerka pracuje na codzien w sekretariacie szkolnym, wiec nie bylo problemu z dostaniem kartonu na caly moj dorobek..
i tylko zal mi bylo, bo sie tak z moja szafka zzylam przez ten rok.. B306 :):)

ta notka nie bedzie zbyt dluga. chcialam tylko powiedziec, ze ostatnio bylam na przedstawieniu teatralnym w mojej szkole pod tytulem "Rumors". bilet kosztowal mnie z tego co pamietam 7 dolarow, ale bylo warto. chcialam tylko zwrocic uwage na scenografie na szkolnym przedstawieniu.. dolujace to troche..

mimo ze wyjezdzam dopiero za kilka tygodni, odbyly sie juz ostateczne pozegnania zarowno w szkole jak i w mojej wielkiej grupie ISE.
szkola jak juz wspomnialam wczesniej, zafundowala nam lunch, na ktory wybralismy sie razem z naszymi szkolnymi koordynatorami:) bylo fajnie - Rafa nie mogl przebolec, ze juz nie bedzie taki popularny, bo dziewczyny w Hiszpanii maja takich jak on na codzien, Marcella rozpaczala, ze juz nigdy nie bedzie cheerleaderka, Alba, ze nie chce tak dlugo siedziec w samolocie i tak dalej i tak dalej:)
ISE zorganizowala nam piknik, na ktorym czytalismy sobie wzruszajace listy (jak mi sie uda zdobyc jakis to opublikuje), dzielilismy sie nabytym doswiadczeniem, wspomnieniami, rozmawialismy o tym co bylo dobre i zle.. no i robilismy ostatnie zdjecia!:)

goodbye America!
:(:(:(:(
sezon cheerleaderski skonczyl sie jakies kilka miesiecy temu, ale kazda druzyna w koncu doczekuje sie bankietu z rozdaniem dyplomow, Varsity Letters (odznak, ktore naszywa sie na specjalne kurtki), wspomnieniami z sezonu i pokazem slajdow.

nasza trenerka zorganizowala nam bankiet w kregielni, skad nastepnie udalysmy sie do jej domu, zeby obejrzec nagrania z meczy, zdjecia i rozdac dyplomy.
w kregielni bylo fajnie - glownie dlatego, ze tylko dwie dziewczyny umialy grac w kregle:P niezrazona tym reszta wymyslala nowe sposoby zbijania kregli, bo skoro i tak szanse na wygrana byly zerowe, to mozna sie bylo troche powyglupiac:)

do domu trenerki pojechalysmy kazdy swoim samochodem - z wyjatkiem Alby, Marcelli i mnie, ktore jako jedyne w calej druzynie nie mamy ani samochodow ani prawa jazdy. jednak to w tym wypadku wyszlo nam na dobre, poniewaz Rachelle zabrala nas na przejazdzke swoim cabrio:)

w domu Laurie (coach) byl wspolny obiad, potem rozdanie dyplomow i Varsity Letters, poznie pokaz slajdow i nagrania z meczow. no i Marcella z Anna sie poplakaly i musial sie odbyc "team hug":):)
nieco poganiana przez was pisze w koncu notke o balu (ktora napisalam jakies 10 minut temu ale mi sie skasowala!!!! ehh...)
Alba i ja bylysmy umowione do fryzjera, obie na ta sama godzine, zeby w razie czego doradzac sobie w kwestii fryzury. wczesniej poszlysmy na lunch, zamowilysmy nalesnika na spole, ktorego i tak nie zjadlysmy, bo bylysmy zbyt podekscytowane czekajacym nas balem.
juz uczesana pojechalam do Laury, gdzie wszystkie moje rzeczy (sukienka, buty i tak dalej), czekaly od piatku. u niej w domy zrobilysmy makijaz, obsypalysmy sie brokatem (oooo tak!:)) i pojechalysmy do Marcelli robic zdjecia w jej domu i wymienic sie kwiatkami.
trzeba przyznac, ze Clovis sie wykazal, bo moj kwiatek byl naprawde okazaly:)

wszyscy razem dotarlismy w koncu do miejsca, w ktorym odbywal sie bal. najpierw zjedlismy wspolny obiad przy stolach nakrytych dla dziesieciu osob kazdy, potem wloczono muzyke i zaczela sie zabawa.

niestety, w pewnym momencie Clovis rozpial koszule (krawata juz nie mial, bo zgodnie z nieoficjalna tradycja, dziewczyny zabieraja krawaty swoim partnerom. to jeden z powodow dla ktorych krawat powinien pasowac kolorystycznie do sukni) i z kieszeni wyciagnal (o zgrozo!) wielki lancuch!!!! malo tego - Marcella (zdrajca!) jeszcze go do tego zachecala i probowala mi tlumaczyc, ze w Brazylii to jest ok! ja wszystko rozumiem - solidarnosc ziomkow i te sprawy, wiec juz nawet pogodzilam sie z mysla tanczenia z choinka z klata na wierzchu, kiedy on wyciagnal z drugiej kieszeni... okulary przeciwsloneczne!
troche zdezorientowana wyciagnelam Albe i Laure na korytarz, a tam natknelysmy sie na dwie czekoladowe fontanny - jedna biala, druga mleczna. naokolo nich poustawiane byly polmiski z truskawkami, bananami, ciastkami i piankami. jednym slowem znalazlysmy sie w raju. niestety, zemdlilo nas po kilku truskawkach z czekolada i wrocilysmy tanczyc.

po jakiejs pol godzinie wynegocjowalam zdjecie okularow, co moj partner uczynil, wyraznie jednak niezadowolony. wszystko mi bylo jedno - jesli przez kolejne kilka tygodni mialam jakos wytrwac w mojej klasie "weight training", gdzie znajduja sie glownie footballisci, ktorzy doslownie uwielbiaja ze mna rozmawiac na rozne dziwne tematy, musialam cos zrobic..:)
nagle Jeremy (tak, tak Oliwia:)) i jego 20 kolegow krzyknelo "nalot", po czym padli na ziemie i lezeli plackiem, dopoki dyrektor (ten sam, co natknal sie na nasz quiz z lektury:)) nie zagrozil, ze dostana "detention".
bal skonczyl sie niedlugo potem.
pojechalismy wiec na "Midnight Bowling". bylo calkiem fajnie, bo mieli tam UV i wszystkie nasze biale dodatki, a takze buty do kregli i skarpetki swiecili w ciemnosci.

swiatla byly zgaszone, tory oswietlone neonami i grala glosna muzyka, wiec mozna bylo jeszze troche potanczyc, bo amerykanskie bale sa ZDECYDOWANIE za krotkie..

w poniedzialek, kiedy zaspana weszlam do silowni, Callan i Tom krzykneli jak zwyke "what's up miss Poland". "nothing" odpowiedziam. dopiero pytanie "so... who was your prom date?" na dobre mnie obudzilo..
nie wiem jak moglam zapomniec..:) Tara, jedna z moich amerykanskich przyjaciolek sama uszyla swoja sukienke! nakrecili o niej reportaz. do zobaczenia tutaj:
http://www.wzzm13.com/news/news_article.aspx?storyid=74894 
mr Story (ten od kola czarownic:)) zbudowal wlasna katedre (czy jak kto woli "mownice"), z ktorej jest niezwykle dumny. ma on tez w zwyczaju organizowanie "happy hours", kiedy to raz w tygodniu (najczesciej w piatki) ogladamy film i dostajemy paczki. no ale nie o paczkach dzis mowa. przynajmniej nie bezposrednio:)
uczniowie zawarli potajemny pakt z panem ochroniarzem, ktory pod byle pretekstem mial wyciagnac pana Story z klasy. plan sie udal i kiedy mr Story wrocil, zamiast swojej ukochanej katedry znalazl karteczke z wierszykiem:
I'm far away and yet so near,
the view from this place is not very clear.
I see walls and windows too
in every direction...but where are you?!
The air I breathe is fresh and clean,
the people who put me here are very mean.
Find me soon cause we are a team,
being in your classroom is like a dream!
no i mr Story wyruszyl na poszukiwanie swojej katedry. znalazl ja niedlugo potem w sali jednego z zaprzyjaznionych nauczycieli, owinieta w lancuchy choinkowe, korale i papier toaletowy.
oblepiona byla takze kartkami z napisem "YOU SHOULD HAVE BROUGHT DONUTS!!!":)
nasza szkola (wspaniaaala:):)) troszczy sie o swoich alienow. kilka dni temu nasi "advisors" zabrali nas na wycieczke do Meijer Gardens. bylismy juz tam wczesniej na swieta, zeby ogladac choinki z roznych krajow.. byla nawet jedna z Polski, ozdobiona slomianymi ozdobami, papierowymi lancuchami i cukierkami.. taka troche staromodna:)
no ale nie o tym dzisiaj. na wiosne w tych ogrodach mozna ogladac wystawe motyli. w zamknietym pomieszczeniu, w ktorym roznie tropikalna rozlinnosc, a takze znajduja sie liczne fontanny fruwaja setki motyli. mozna tam wejsc i podziwiac je z bliska - sa naprawde piekne, bo hodowane, przywozone z roznych miejsc. od malych bialych, po wielkie blekitne - wszystkie zachwycajaco piekne.

po obejrzeniu wystawy poszlismy na spacer po zewnetrznych ogrodach, zeby poogladac rzezby, rosliny i dziwaczne budynki.
lubie kiedy nas gdzies zabieraja, bo mozemy sie troche cala grupa pointegrowac (np z Tajlandczykiem, ktory nie powiedzial jeszcze do nikogo dwoch zdan pod rzad:P)
w przyszlym tygodniu, z racji na to, ze wszystkie alieny sa seniors, konczymy szkole, a nasi "opiekunowie" zabieraja nas na wspolny lunch.. fun?:P
nasza ostatnia lektura to "The Crucible", w ktorej to ksiazce sporo uwagi poswieca sie calemu procesowi sadzenia czarownic i rzeczy tym podobnych. nasz pan od angielskiego, mr Story, postanowil nam te lekture urozmaicic dosc nietypowym quizem.
wczoraj podzielilismy sie na czteroosobowe druzyny i wymyslalismy pytania dotyczace ksiazki, zeby je zadac podczas dzisiejszego quizu.
Mr Story wbil do klasy z wielkim kijem owinietym srebrnym papierem i oznajmil ze to rozdzka. po tym jak popatrzylismy sie na niego dosc krzywo, stwierdzil, ze wszyscy jestesmy mugolami i nie umiemy sie bawic. no to stwierdzilismy, ze chcemy sie bawic.
Mr Story wyjasnil reguly. kazda grupa nominuje jedna "czarownice", ktora bierze udzial w rywalizacji witch-wheel. zwyciestwo umozliwia druzynie reprezentanta wybor przeciwnika w starciu na pytania. grupa, ktora nie odpowie na pytanie jest palona na stosie.
pozostalo zapytac co to witch-wheel. mr Story zademonstrowal nam przygotowane wczesniej plastikowe kubki i oznajmil, ze reprezentanci druzyn musza zalozyc je sobie na glowy, zlapac sie jedna reka "rozdzki" i krecic sie w kolko. sam mr Story pochwycil przykrywke od Pringlesow i miekka zolta pilke i powiedzial, ze on jest tutaj bogiem i moze ciskac piorunami (zolta pilka) w uczestnikow "witch-wheel". potem odwrocil sie gwaltownie i rzucil pokrywka od Pringlesow krzyczac "the disc of death!". myslelismy, ze umrzemy ze smiechu.
no ale trzeba bylo zaczac.. szescioro uczniow (bo tyle bylo grup) ustawilo sie dookola "rozdzki" z kubkami na glowach. mr Story powiedzial "now let's play some evil music" i wlaczyl heavy metal:)
no i zawodnicy zaczeli sie krecic w kolko, a mr Story raz po raz rzucal w rozdzke pilka. czasem rzucal tez dyskiem krzyczac "the disc of death!"
jednak najlepsza czesc jeszcze przed nami, bowiem w pewnym momencie drzwi otworzyl ...dyrektor! zreszta nawet nie wiem czy to dyrektor, w kazdym razie on pilnuje porzadku (rujnuje "piatkowy rytual rozchlapywania keczupu", wzywa na dywanik ludzi ktorzy wylewaja sobie mleko na glowe podczas lunchu itd..)
wiec wyobrazcie sobie jego mine, kiedy zobaczyl kilka osob z plastikowymi kubkami na glowach trzymajacych sie wielkiego kija i chodzacych w kolko, dookola ktorych skakal mr Story z zolta pilka i rzucal przykrywka od Pringlesow krzyczac "the disc of death!", a wszystko to przy akompaniamencie heavy metalu..
cala klasa wybuchla smiechem, wlacznie z calym "witch-wheel" (tym ostatnim w wiekszosci pospadaly kubki z glow).
a mr Story przestal skakac, wylaczyl muzyke i powiedzial ze stoickim spokojem "mamy tutaj quiz dotyczacy lektury.." :):)
lub raczej mr Hotson - najlepszy nauczyciel historii jakiego mozna miec, chociaz ciezko jest sie skupic na lekcji, to jednak zadawanie pytan przychodzi wyjatkowo latwo.. no i do klasy chodzi sie z przyjemnoscia.. historie mam z Alba, wiec nauczylam ja troche zwrotow po polsku, zeby pan Hotson sie nie zorientowal, kiedy o nim mowimy:):) i mozna pomyslec, ze jestesmy glupie (no w pewnym sensie jestesmy:P:P), ale nie tylko nam rozum odbiera w tej klasie:)

(to zdjecie zostalo zrobione na zyczenie Alby i Marcelli tylko po to, by uchwycic fajne tlo:))
i moze zdjecia tego nie pokazuja, ale mr. Hotson to niezwykle ciacho (moja siostra nie ma z nim lekcji, ale rano mija jego klase, bo jak mowi "he makes my day":):))... poza tym przydomek mowi sam za siebie.

aha - mr. Watson jest nominowany na krola promu (czyli ostatniego balu roku:)). ku niezadowoleniu uczniow plci meskiej. natomiast sam pan Watson na facebook ma juz dwie grupy zalozone po to, by promowac jego kandydature, zalozone przez wierne fanki ("mr. Watson for the prom king", "coach Watson for the prom king"). bo dla tych, ktorzy nie pamietaja, pan Watson jest trenerem biegaczek dlugodystansowych.. mozecie sobie wyobrazic co sie dzieje, jak jest goroco i sciaga koszulke:P:P
Acada-me awards, czyli nagrody dawane za wszystko i nic pod koniec liceum.

Uczniowie Senior Class (czyli tak jak naszej maturalnej) zostaja nominowani w przeroznych kategoriach. Na przyklad: najlepsza para, najbardziej przyjacielski, para, ktora powinna, a nie byla ze soba, klasowy jajcarz, najlepsze wlosy, najlepsza para przyjaciol, class show off, klasowy pesymista/optymista, najprzystojniejszy, najladniejsza, najczestsze wizyty w solarium:P i tak dalej, i tak dalej..

gala odbyla sie w auli teatralnej naszej szkoly. za stroj wieczorowy dostawalo sie znizke na bilet.. jednak wiekszosc uczniow postawila na polewke... no i mamy rezultaty:)


nie wiem czy pamietacie krola i krolowa Homecoming? kazde zgarnelo po siedem statuetek.. i to jest popularnosc:):)

tak wiec wrocilam ze Spring Break wczoraj w nocy. jak bylo?
w czwartek wieczorem pojechalysmy do Chicago, skad nastepnego dnia mialysmy lot do Salt Lake City, nastepnie do Phoenix. tam spotkalysmy sie z siostrzenica mojej "mamy" i wyjechalysmy do Tucson, gdzie spedzilysmy noc. podczas gdy moja "siostra" spotkala sie ze swoim tata, ja i Cindy pojechalysmy do Meksyku. i musze powiedziec, ze nie chcialabym tam mieszkac. tony slumsow, bieda az piszczy, ludzie desperacko wciagaja cie do swoich sklepow..
z przejsciem przez granice nie mialam zadnych problemow - natomiast kiedy Alba byla w Kanadzie trzymali ja tam przez dwie godziny, a potem musiala jeszcze jakies papiery do Nowego Jorku wysylac, zeby jej nie deportowali..
pozniej zwiedzilysmy baze wojskowa, w ktorej Cindy kiedys stacjonowala. zostalam tez uraczona opowiescia o jej cudownym chlopaku Jimie i o tym jaka byla glupia, ze do niego nie wrocila.
nastepnego dnia odebralysmy Elyse z domu jej babci i dotarlysmy do Sedony, gdzie pojechalysmy na wycieczke Jeepem po okolicznych wawozach i skalnych formacjach.
wieczorem tego samego dnia dotarlysmy do Grand Canyon National Park, by pozostac tam przez kilka dni.
w tym czasie codziennie chodzilysmy nad krawedz Wielkiego Kanionu. po odkryciu przykrej prawdy, ze za kazdym razem kiedy schodzisz w dol musisz potem wejsc pod gore, drugiego dnia darowalysmy sobie wspinaczke i poszlysmy na spacer wzdluz krawedzi Kanionu. niestety zboczylysmy z trasy. to znaczy weszlysmy na baaaardzo waski szlak prowadzacy tuz nad krawedzia, tak, ze trzeba sie bylo niezle wyginac, zeby nie wpasc. prowadzone jednak nadzieja (no a wszyscy wiemy czyja ta jest matka) szlysmy dalej, dopoki nie zaczelam slyszec cichego "wrrrrau, grrrr" z oddali. to jednak nie zrazilo mojej "mamy", ktora - zapewne z racji wieku- niczego nie slyszala. jednak kiedy doszlysmy do wielkiej skaly, Cindy zarzadzila odwrot, gdyz poczula, jak to okreslila "kocie siki". Elyse zaczela krzyczec cos o "mountain lion" i dziwnym trafem te sama trase pokonalysmy w zawrotnym tempie i wsadzilysmy tylki w shuttle bus zeby wrocic do bezpiecznego hotelu z bezpiecznym basenem:)
do Rockfordu wracalysmy przez Phoenix, potem Atlante (gdzie zjadlysmy lunch z najlepsza przyjaciolka Cindy) i Chicago.
ogolnie wycieczka udala sie i nie ma co narzekac:) no i moge mowic, ze stanelam oko w oko z kaguarem:) hehe, no coz.. prawie. a prawie robi wielka roznice. teraz wiemy czemu:)
zdjecia dodam niedlugo, po tym jak uda mi sie obsluzyc moj kaprysmy aparat.
Totally, for sure
I just got my manicure!
The sun, I swear,
is bleaching out my gorgeous hair!
27? 34?
I don't know the stupid score!
GO, GO! FIGHT, FIGHT!
Gee I hope I look all right,
Gee I hope I look all right!

no wiec nadeszla dlugo oczekiwana przerwa wiosenna. jutro po szkole i po pierwszej polowie meczu wyjezdzam na caly tydzien:)
najpierw jedziemy do Chicago, potem lecimy do Arizony, a w czasie kiedy moja "siostra" spotka sie ze swoim tata i jego nowa zona, moja "mama" zabierze mnie na wycieczke do Meksyku (mam nadzieje:))..
bylam niezwykle podekscytowana, jednak kiedy Alba powiedziala, ze jedzie na Floryde, a Marcella poinformowala mnie, ze plynie na rejs po Karaibach, to ogladanie Wielkiego Kanionu Kolorado wydaje sie mniej atrakcyjne. no ale niepotrzebnie wybrzydzam - na pewno bedzie super!!:):)
moja cudowna szkola, znana blizej jako Rockford, postanowila zorganizowac wszystkim alienom wycieczke do stolicy Michigan, ktora nie jest, jak wiele osob uwaza, Detroit, ale wlasnie Lansing. mialo to na celu nie tylko pokazac nam to miasto, ale takze zintegrowac alienow.
pojechalismy dwoma samochodami z naszymi szkolnymi koordynatorami (jeszcze innymi niz Becky).
dojechanie zajelo nam okolo dwoch godzin, ale nie nudzilismy sie, bo w samochodzie jechalam z Alba, Marcella, Rafa i (co mniej istotne) Pornthebem.
udalismy sie do Senatu i Parlamentu stanu Michigan, po ktorych oprowadzil nas pan Posel z Rockfordu.
to zdjecie w sali parlamentarnej. w senacie nie moglismy robic zdjec, bo akurat trwala sesja. zostalismy natomiast przedstawieni jako reprezentanci naszych krajow, a zarazem Rockfordu. bylismy niesamowicie dumni, natomiast rafa znalazl inny powod do dumy. mianowicie podczas gdy my siedzielismy i usilowalismy uslyszec nad czym debatuja poslowie, Rafa, ktory siedzial kolo mnie nachylil sie i powiedzial mi do ucha:
- Marta, wlasnie pierdnalem...
-ooo Rafa, to naprawde cenna informacja..
- ty nic nie rozumiesz!
- obawiam sie, ze rozumiem.
- no ja teraz kolegom powiem, ze pierdnalem w amerykanskim senacie...
no i kto tych facetow zrozumie...:)
no a na koniec mila niespodzianka od pana posla:):):):):):)
wczoraj ogladalam sobie miedzynarodowego idola na youtube i bawilam sie swoja prawa noga (nie wnikajcie:P). w kazdym razie nie wiem kiedy i nie wiem jak, zrobilam PERFEKCYJNY HEEL STRETCH:) z wrazenia prawie spadlam z krzesla! no ale i tak musialam wstac i sprawdzic czy potrafie zrobic to samo na ziemi. i wyszlo!. potem zrobilam taki peeelny heel stretch z wykopem, z ktorego zlapalam wlasna piete.

no i niezwykle sie ucieszylam, bo na treningach zawsze mi to jakos tak kulawie wychodzilo - to lapalam sie za kostke, to za piszczel... ale trenerka obiecala, ze sie naucze, no i prosze..
tyle, ze Houston, mamy problem... SEZON SIE SKONCZYL!!!!:/:/:/
Oh, say can you see by the dawn's early light
What so proudly we hailed at the twilight's last gleaming?
Whose broad stripes and bright stars thru the perilous fight,
O'er the ramparts we watched were so gallantly streaming?
And the rocket's red glare, the bombs bursting in air,
Gave proof through the night that our flag was still there.
Oh, say does that star-spangled banner yet wave
O'er the land of the free and the home of the brave?

hymn USA. w koncu tyle sie juz nasluchalam na meczach, ze teraz tlucze mi sie po glowie non stop. a i tak wole Mazurka Dabrowskiego;)
Rockford szedl jak burza, niestety przegralismy ostatni mecz o mistrzostwo regionu i odpadlismy:( szkoda, bo mecz byl na styku i naprawde dobry..



polowa druzyny (cheerleaderek) sie poplakala, kibice stali z rozdziawionymi szczekami, a zawodnicy lapali sie za glowy. trener spochmurnial i sie nie odzywal.
kedy kibice przeciwnej druzyny wbiegli na parkiet, a przeciwnicy odbierali puchar, my zaplakane weszlysmy na parkiet "to stand by our team". wszyscy w milczeniu, my pogratulowalysmy zawodnikom i trenerowi udanego sezonu, oni podziekowali za doping.. i sie rozeszlismy.
na poprawe humoru poszlam z Alba na hot tub party:)
jeszcze tylko czeka mnie bankiet, a potem - koniec z cheerleaderingiem. no ale nadchodzi wiosna, pora zabrac sie za nowy sport:):):)
a to wsad Bryana z przedostatniego meczu sezonu:)
Ram Pride Day, czyli impreza tak jakby charytatywna zorganizowana przez siec marketow dla dzieci. wszyscy szkolni atleci byli zaproszenie (glownie football, ale tez koszykowka, siatkowka, zapasy i tak dalej), cheerleaderki - obecnosc obowiazkowa. i to w mundurkach.
kazda grupka cheerleaderek dostala swoje stanowisko - malowanie twarzy dzieciakow, robienie kapeluszy, naszyjnikow, rozdawanie balonow, slodyczy itp.

ja mialam malowanie twarzy, ale wiele osob chcialo desperacko sie ze mna wymienic to ustapilam (no nie poznaje siebie:P) i poszlam do stoiska obok robic z dzieciakami kapelusze.
polegalo to na tym, ze stalam przy stole zawalonym roznymi materialami (naklejkami, piorkami, bibula, rafia, kolorowymi pomponami) i pomagalam maluchom projektowac nakrycia glowy - glownie chodzilo o wiazanie kokard, przyklejanie i zszywanie. bylo to calkiem fajne, bo dzieciaki mialy niesamowita radoche:)

a to jeszcze zdjecie jednej dziewczynki w jej superanckim kapeluszu:)

na koniec (poniewaz jak napisalam wyzej zrezygnowalam z malowania na rzecz kapeluszy) pomalowalam Albe:)

Alba przez caly czas byla na stanowisku "face painting" i byla co chwila rozbrajamna przez dzieciaki, ktore na pytanie "co chcesz miec na policzku?" odpowiadaly "spidermana", "cheerleaderke", "a football player", "a rockford Ram". nic nie pobilo jednego malego Narcyza "myself":):):)
kolejne wystawianie ocen mam za soba. tak wiec:
Weight Training - A
Biology - A
Design - A
Honors Pre Calculus - A-
US History - A
English - B+
kolejna wycieczka zorganizowana przez ISE dla wszystkich exchange students z okolicy (ok 75 osob).
pojechalismy na "rancho" nieopodal Detroit. dzien zaczelismy od wizyty w aqua parku. oczywiscie zdjec w srodku nie robilam, bo balam sie o swoj wspanialy (:P) aparat, ale zeby pokazac jak tam bylo, zrobilam kilka przed wejsciem:) co bystrzejsze dostrzega fajnego ratownika:):):)

zakwaterowani bylismy w domkach po kilka osob (w naszym mieszkala jeszcze Becky - koordynatorka). a to wesola gromadka z mojego domku:)

potem mielismy wspolny obiad, a po obiedzie nauke "line dancing". Clovisa porwala jedna z koordynatorek, wiec ja tanczylam z Rafaelem. i calkiem niezle nam szlo. moze dlatego, ze ten taniec nie byl wcale trudny:)

wieczorem mielismy dyskoteke (juz bez koordynatorek wyrywajacych najlepsze ciacha:P), a wczesniej gry druzynowe. jedna, ktora szczegolnie mi sie spodobala, polegala na tym, ze przywiazalismy lyzke do klebka welny, ustawilismy sie w rzedach i kazdy po kolei musial przeciagnac sobie lyzke przez nogawke i pod bluza. my wygralismy i dostalismy po lizaku:D:D:D:D:D
nastepnego dnia rano poszlismy zjezdzac na oponach. FUUUUN:):):)

Rockford Rams 62, Greenville Yellow Jackets 53
Briggs comes up big for Rockford
By Greg Johnson / The Grand Rapids PressGREENVILLE -- Rockford's Mitchell Briggs had a first quarter to remember against the school where his father, Alex, once was a standout.
The Rockford junior post player with long-range shooting ability fired in five 3-point shots in the first quarter to power the Rams past Greenville 62-53 in a Class A district final Friday night.
The Rams, who won the sixth district title for their school in the past eight years, ended up needing all of Briggs' early outburst to help hold off the determined host Yellow Jackets.
"I'm so happy for Mitchell Briggs, having a game like that where his dad used to play," Rockford coach Steve Majerle said. "The other night he had one of his worst games out here, but tonight he just stepped out, hit the shots and played great."
Briggs finished with 25 points and five rebounds and will lead the Rams (17-5) into regional play Wednesday at Jenison against Mona Shores (15-8).
Lead swelled to 16 points
Briggs didn't make a 3-point shot after the first quarter, but the damage he inflicted early weighed on Greenville. The Yellow Jackets managed to trim an early 16-point deficit to five points with 47 seconds remaining, but Matt Dehart's 3-point shot that would have made it a two-point game rimmed out.
"Heck, it rimmed out, or we were right there," Greenville coach Mark Haist said. "My kids were awesome coming back like that. We expected their post guys to hurt us, but we didn't expect Briggs to step out and shoot like that. He just didn't miss, and that was tough to overcome."
Tyler Bigelow led Greenville's charge with 25 points, including 19 in the second-half rally. Joe Fox added 11.
Majerle said the Rams winning the district title was the culmination of dramatic improvement during the season.
"The progress they've made from game one to game 22 is as big as any team I've had," he said. "Greenville's a good team, a talented team, and we wouldn't have been able to hold off that rally early in the year. We did it tonight with the kids making good decisions, staying patient and making the free throws.
"This is a great group of kids, and a district title is a nice accomplishment for them."
a tak jeszcze od siebie dodam (bo powyzsze to artykul z gazety), ze mecz byl wysmienity:D mimo to, tamci kibice zakasowali naszych (mimo, ze przegrali - to sie nazywa duch bojowy!!:P).
Hey, RAMS, we want more!!:):)
a tu jeszcze nasze MVP (#22) jakies 15 lat temu:)
no to musze opisac, bo pierwszy raz w mojej karierze szkolnej natknelam sie na doswiadczenie, ktorego nie moglam sie doczekac, i ktore bylo niezwykle ciekawe - a mianowicie DNA testing.

mielismy za zadanie (troche jak na kryminologii) ustalic sprawce zabojstwa na podstawie DNA pobranego na miejscu przestepstwa, ktore nastepnie mielismy porownac z DNA dwoch podejrzanych.
najpierw ustawilismy nasze stacje badawcze i sporzadzilismy specjalny zel (zajelo nam to cala lekcje), ktory nastepnie wsadzilismy w specjalnych formach do lodowki na dwa dni.
w zelu powstaly mikro szczeliny, w ktorych za pomoca mikro pipety umiescilismy probki DNA, do ktorych uprzednio dodalismy dwa rozne enzymy, zeby podzielic helise na mniejsze lancuchy konczace sie tymi samymi sekwencjami nukleotydow.

nastepnie podlaczylismy zel do pradu, odstawilismy na 20 minut, aby dac lancuchom czas na przemieszczenie sie, po czym odczytalismy wyniki.

porownalismy wszystkie szesc probek (oryginal, dwoch podejrzanych razy dwa enzymy) i te jednakowe swiadczyly o zabojcy..
pretty cool huh?:P

troche sie z tym spoznilam, ale jest tu jeden zwyczaj, ktory bardzo mi sie spodobal..
mowa o Act-O-Gramm'ach. dzien przed walentynkami podczas lunchu, za dwa dolary mozna kupic "a special performance for that special someone". trzeba jedynie wiedziec, w ktorej klasie odbiorca bedzie podczas piatej i szostej godziny lekcyjnej.
tak wiec 14 lutego dwie ostatnie lekcje sa dosc czesto przerywane wystepami. wyglada to tak: grono artystow wbija do klasy, sadza odbiorce walentynki na wysokim krzesle, otacza go i spiewa. pod koniec wystepu wykonawcy wreczaja jej/mu kartke i zegnani gromkimi brawami opuszczaja sale. przedtawienia sa rozne - zazwyczaj okolo 15 roznych - od Britney Spears z playbacku (to to chyba bylo najgorsze), bo spiewanie z gitara, male grupki szkolnego choru, po cale grono cheerleaderek z pomponami (w tym roku spiewaly z playbacku "hey Mickey" i mialy do tego caly uklad choreograficzny..) chyba ten Act-O-Gramm najbardziej mi sie podobal. ja dostalam jeden (nawet nie znam tej piosenki), a zaspiewaly mi dwie osoby - Dan i Alicia (na dwa glosy) przy akompaniamencie gitary. troche glupio sie tak siedzi przed cala klasa, ale ogolnie ten zwyczaj mi sie podoba;]

najwieksza gra sezonu, o ktorej mowilo sie tutaj od paru tygodni wreszcie miala miejsce. caaaalutkie trybuny byly zapelnione, ludzie przyniesli pompony i plakaty (np. Wildcats taste the chicken!), my namalowalysmy 4 (Sweat Black, Bleed Orange, Whip the Wildcats, Orange Crush - this is our court!).

od poczatku gralismy punkt za punkt, na szczesnie pozniej odstawilismy Jenison na 8 punktow i tak juz zostalo (z malymi wahaniami) do konca meczu. pod koniec, kiedy wygralismy, wszyscy wbiegli na parkiet i zaczeli obsciskiwac zawodnikow.. mecz byl niesamowity;]
a to jeszce Bryan Pasciak, absolutne MVP.. moze kiedys o nim uslyszymy?

wiecej zdjec z meczu w galerii oraz na stronie:
http://www.artisticactionposters.com/200607BB/Jenison/
po meczu odebrala mnie moja "mama" i zawiozla na dyskoteke zorganizowana przez ISE dla wszystkich exchange students. no i dyskoteka jak to dyskoteka. fajowa!;]
czyli pokaz talentow. w srode i czwartek o 19.00 odbyly sie przedstawienia. bilety po 5$, ale warto bylo.
pokaz odbyl sie w auli naszej szkoly



przy wejsciach zaopatrzono nas w programy, wiec wiedzielismy kogo mozna sie spodziewac na scenie. talenty byly przerozne: od grania na kontenerach na smieci, przez granie na instrumentach, spiewanie, taniec brzucha, balet, taniec z flagami, gimnastyke artystyczna po zespoly rockowe.



zdjecie Jordana troche niewyrazne, ale to byla cala akcja pod tytulem aparat do Alby i Alba robi zdjecia bez flesza, zeby nas nie zdemaskowac;]


na koniec, podczas wystepu baletowego McKenzie Williams tylna kurtyna podniosla sie i oczom wszystkich ukazali sie nauczyciele poprzebierani jak baletnice, z piorkami na czolach i rozpoczeli swoj wlasny uklad choreograficzny.


niektorzy podeszli do tego zadania bardzo powaznie (np. mr.Brettschneider, szosty z lewej;])

wystep z szarfami na wszystkiech wywarl najwieksze wrazenie..
..do czasu az mr.Forward zostal przyczepiony do liny i latal sobie w tle ruchem wahadlowym;]
zdjecia mozecie tez poogladac w nowej galerii "variety show"
tylko kilka zdjec z naszych meczy..

na mecze wyjazdowe trzeba dojechac szkolnym autobusem.

marcella. bez komentarza;]

jednym slowem czlowiek guma. no ale kto tam je wie te baletnice;]

tak wyglada boisko w mojej szkole (widok na trybune gosci, zawsze mniejsza niz trybuna "domowa").

znak, ktory malujemy dla zawodnikow przed poniedzialkowym i czwartkowym treningiem;]

oto, co zostaje ze znaku, kiedy przebiegnie przez niego trzynastu miesniakow;]
pewnie widzieliscie amerykanskie filmy pokazujace zycie przecietnych szkol srednich. populacja dzieli sie na
A. popular guys - sportowcy (dziewczyny i chlopaki - wsrod chlopakow glownie gracze footballu lub koszykarze, wsrod dziewczyn cheerleaderki, tancerki, gimnastyczki), ich "partnerzy". wiele rzeczy tak jak w filmach - siedza przy "popularnych stolach" w czasie lunchu, wszyscy ich znaja (jak w tych scenach z "Mean Girls" gdzie wszyscy znali szczegoly z zycia tytulowych bohaterek). jedno sie nie zgadza z filmami - popularni ludzie wcale nie znaczy wredni. wrecz przeciwnie - popularni sa rowniez dlatego, ze sa mili, zabawni i przyjacielscy (przynajmnmiej wiekszosc). ostatnio ogladalam "John Tucker must die". polecam, tkwi tam spore ziarenko prawdy.

znaki sczegolne: wszyscy znaja ich nazwiska, otacza ich wielu znajomych, zawsze robia zwariowane i smieszne rzeczy (jak piatkowy rytual rozchlapywania keczupu), siedza przy popularnym stole, duzo imprezuja(polska impreza nie rowna sie amerykanskiej - nie znaczy to, ze schlewaja sie do nieprzytomnosci), nosza do szkoly uniformy kilka razy w tygodniu, to wlasnie z tej grupy pochadza krolowe i krolowie balow.

powitanie: what's up?, how are ya?
B. normal kids - cala reszta, ktora nie lapie sie do kategorii A ani do C, to znaczy uczniowie udzielajacy sie w czymkolwiek (orkiestra, chor, kluby pozalekcyjne, samorzad, kolka zainteresowan, mniej popularne sporty). sporo osob ich zna (nie wszyscy rzecz jasna), czasem mili, czasem nie - dobry material na kumpla dla kazdego exchange student - nie zadzieraja nosa jak czesc kategorii A, nie przynudzaja, jak kategoria C.

znaki szczegolne: otoczeni znajomymi, sympatyczni, chetni do rozmowy, czasem nosza "identyfikujace ciuchy" to znaczy uniformy albo bluzy z naszywkami, czasem imprezuja

powitanie: hey, how are you?, what's up?
C. invisible - ludzie ktorzy NIGDY sie nie udzielaja, nie uprawiaja ZADNYCH sportow, nie naleza do ZADNYCH kolek zaineresowan - slowem, tacy, ktorych nazwisko nic nie mowi ani tobie, ani innym. zazwyczaj nierozmowni i niezainteresowani NICZYM. mozesz miec z nimi lekcje przez pol roku i nawet nie wiesz jak maja na imie i nigdy nie wymienisz z nimi nawet dwoch zdan, bo chowaja sie po katach. (znowu - "John Tucker must die" - zeby zyskac pojecie o gatunku C.)
znaki sczegolne: nikt ich nie zna, z nikim nie rozmawiaja, kiedy starasz sie do nich zagadac nie chca odpowiadac, praca w grupie na lekcji to katorga
powitanie: <usmiech>
D. EMO kids - EMO, skrot od EMOTIONAL. takich okazow nie uswiadczysz w duzej ilosci w Polsce. jakos nie zaluje. ludzie, ktorzy nie widza sensu w zyciu, wiecznie ponurzy, w dziwnych cichach, wszystko maja gdzies. (i znow - "John Tucker must die" - pierwszy "laczony" wf - EMO girls z zycia wziete, "Little Miss Sunshine" - brat malej miss - perfekcyjny przyklad EMO)

znaki szczegolne: chlopaki w damskich spodniach, czarnych koszulach, z czarnymi wlosami, oczami pomalowanymi na czarno, bardziej kreatwni z czarnymi ustami, w plaszczach a'la Harry Potter, posylaja wszystkim ponure spojrzenia.
dziewczyny w baaaardzo obcislych spodniach, z wlosami dziwnie obcietymi, pofarbowanymi na rozne dziwne kolory naraz, w rozciagnietych podkoszulkach z jakze optymistycznymi napisami "I want to die" itp. usta mocno czewnone lub czarne, karnacja jakby ktos je maka obsypal.
powitanie: jeszcze zaden mi nie powiedzial czesc wiec nie wiem. za to jeden podszedl do mnie, zaczal piszczec i sobie poszedl.. Tara powiedziala mi, ze nie do mnie jednej. dziwny jest ten swiat...
dziwczyny zaporaszaja chlopakow, dlatego jest to glowne zmartwienie moich dwoch najlepszych przyjaciolek. ja ide z Clovisem ("moim Brazylijczykiem"). nie musialam sie o to martwic, zapytalam go juz dawno temu i mam sprawe z glowy. natomiast Alba i Marcella swirowaly az do dzisiaj (pomimo, ze bal jest z sobote;]).
Marcella przystapila do ataku w zeszlym tygodniu przed egzaminami. z pomoca Tary dowiedziala sie, ze Kyle (ten koszykarz, ktory wedlug niej wyglada jak Brad Pitt) zostal juz zaproszony. zabrala sie wiec za Jeffa. na poczatku przysiadla sie do niego na matmie i zadawala pytania o kazde zadanie (nie szkodzi, ze ma A w tej klasie..), a jej "host sister" Nicole przeprowadzala z nia teatralna konwersacje. wygladalo to mniej wiecej tak:
M (odwraca sie do Nicole): teraz, teraz
N: wiec Marcella.. idziesz na bal?
M (szeptem, macha reka pod stolem): glosniej, glosniej!
N: pytalam czy idziesz na bal
M: nie wiem jeszcze.. glupio mi zapytac kogos, bo boje sie, ze sie nie zgodzi i to bedzie takie zenujace dla mnie. ale bardzo bym chciala kogos zapytac, bo chce isc na bal.
N: a myslalas juz kogo chcesz zaprosic?
M: nie wiem jeszcze.
N: moze kogos kto jest dla ciebie mily i ci pomaga?
M (szeptem, znowu macha reka pod stolem): glosniej!
N: myslalam sobie, ze moze spytalabys kogos, kogo lubisz i kto jest mily dla ciebie?
M: tak, tak zrobie!
nastepnego dnia Marcella znowu przysiadla sie do Jeffa.
M: mozesz mi pomoc z TYM zadaniem?
J (czyta "zadanie"): czy ktos cie juz zaprosil na bal? nie, nie ide - wyjezdzam na weekend.
M: o nie, o nie! nie czytaj dalej!!!
J (czyta): jesli nie, czy pojdziesz ze mna? oo, Marcella, tak mi przykro.. wyjezdzam, ale naprawde chetnie bym poszedl.
M (burak): to ja juz wszystkie zadania rozumiem.. dzieki
z Alba sprawa byla troche bardziej skomplikowana. Podoba się jej Kai, ale Alba to klasyczny chicken. Miała go zapytać sto razy i za kazdym razem znalazła świetną wymówkę. Zeby pomoc jej zabrac sie do tego czego podswiadomie pragnela (:P) namawialysmy ja przez pol godziny przed treningiem, opracowalysmy plan A, B i C, a ostatecznie przestalysmy sie do niej odzywac. Mialysmy nadzieje, ze to popchnie ja do dzialania.
Nastepnego dnia Alba korzystajac z planu B (po lekcjach) podeszla do szafki Kaia.
Alba: Hi, do you want to be my date?
Kai: Yes, sure.
Alba: Seriously?
Kai: Yeah. It will be fun.
Alba: (no comment) Yes! Yes!
jej wypowiedz (połączona z gestem triumfalnym) na miare pana Marcinkiewicza była tym gorsza, że z jej akcentem brzmiała bardziej jak "dzies, dzies". Kai chyba zrozumiał, że Alba się ucieszyła:)
dzis pierwszy dzien nowego semestru - nowe godziny zajec, nowi ludzie..
zarowno Alba jak i Marcella i ja w ramach "electives" wybralysmy sobie zajecia sportowe - ja i Marcella weight training a Alba development & fitness. kiedy po lekcjach spotkalysmy sie na treningu, zaczelysmy rozmawiac o klasach. okazalo sie, ze u mnie i Marcelli dominuja chlopaki (mniej wiecej 25:5), u Marcelli w klasie jest Bryan Pasciak #22(najlepszy i najsympatyczniejszy koszykarz naszej szkoly), wiec my z Alba troche jej zazdroscilysmy. kiedy skonczylysmy z Marcella opowiadac o swoich zajeciach Alba powiedziala:
ok, wiec najlepsze zostalo na koniec.. no wiec wchodze na sale gimnastyczna, a tam sami przystojni chlopacy.. no i w tym Nick.. to sie podlaczam, a nauczyciel sie pyta -"w jakiej jestes klasie?" -"development & fitness" - "a to nie tutaj.. to sa sports activities. ty muszisz isc do silowni". no to Alba pokicala i opowiada dalej: no i wchodze na silownie a tam.... SAME CHLOPAKI! ('ooooooo" - ja i Marcella). Alba - OTYLE!!!
jak sie potem okazalo, Alba trafila do klasy dla pokrak sportowych;D;D;D
ok, wiec pojewila sie prosba w ktoryms komentarzu o opis mojego zycia zanim przyjechalam. nie wiem dokladnie o co chodzi, no ale sprobuje.
chodzilam do VLO we Wroclawiu do klasy preIB (z wykladowym angielskim). egzaminy do IB "zdalam ale sie nie dostalam". nie wnikaj bo wsiakniesz;P
wyjazd planowalam od okolo 10 roku zycia (z pomoca taty - to dzieki niemu pojechalam:):*) tak wiec po pierwszej liceum w sierpniu wsiadlam w samolot i wyladowalam w Grand Rapids w stanie Michigan.
przyjaciele?
ci prawdziwi ciesza sie z mojego sczescia i szansy jaka daje mi ten wyjazd. dalej rozmawiamy, piszemy maile - nie jest tak "o Boze, jak wyjade to strace przyjaciol". wrecz przeciwnie - zyskasz tych prawdziwych. pomimo odleglosci beda cie wspierac z drugiego konca swiata, gdy bedzie ci smutno lub bedziesz miec problem. beda tesnic i czekac na twoj powrot. a i ty nie bedziesz sie mogl(a) doczekac az ich znowu zobaczysz.
"milosc twojego zycia"?
no to sie wlasnie okaze.. moze byc bolesne i zaskakujace, ale lepiej dowiedziec sie z kim masz doczynienia wczesniej niz pozniej.
rodzice, rodzenstwo?
jestes z dala od domu i dopiero tu zauwazazs jak bardzo bardzo bardzo ich kochasz! nawet najlepsza "host family" nie jest w stanie ich zastapic! tesknisz nawet za siostra z ktora na codzien drzesz koty. za czasem, ktory spedzacie razem. mam tyle planow a'propos co chce robic jak wroce, ze nie wiem czy starczy mi czasu w lecie;]
czego zaluje? niczego.. :):):)
pozdrowienia dla mojej rodziny i przyjaciol! KOCHAM WAS!;*;*;*
w tym tygodniu mamy egzaminy semestralne. z kazdego przedmiotu (nawet z aerobiku;P). w sumie kazdy ma 6 przedmiotow (nadambitni siedem), wiec zdajemy egzaminy z dwoch przedmiotow dziennie. a wyglada to tak - godzina w klasie (tzw. study hour) gdzie nauczyciel odpowiada na pytania oraz czas, zeby powtorzyc material - potem egzamin. krotka przerwa, kolejna study hour przerwana lunchem - drugi egzamin i do domu zwijamy sie o 1:25. o ile nie mamy treningu. dzis na przyklad musialam zostac do 4:00, bo najpierw robilysmy plakaty na szfki zawodnikow, potem ten duzy plakat, przez ktory przebiegaja, a nastepnie mialysmy trening, bo juto wieczorem mecz (na wyjezdzie!);]
tak wiec zakonczyl sie pierwszy semestr (a raczej zakonczy sie jutro) i od poniedzialku mam nowy plan lekcji i nowe przedmioty;]
1. weight training
2. biology
3. design
4. pre-calculus (od tego to nigdy sie nie uwolnie;P)
5. US History (z panem Watsonem;D;D;D;D;D)
6. English
w tym trzy godziny z Alba.. niestety nie udalo mi sie niczego zsynchronizowac z Marcella (probowalysmy miec weight training ale stanelo na tym, ze mam z Jordanem - phi!).
no wlasnie tak sie sklada, ze nie wiedza nic. nieustannie kloca sie z Marcella probujac ja przekonac, ze Brazylia lezy w Afryce i niezmiernie dziwia sie, ze nie mieszka ona (Marcella) w puszczy Amazonskiej. czasem Marcella wykorzystuje to przeciwko nim i opowiada jak to jej ukochany wywodzi sie z innego plemienia i wodzowie nie chca sie zgodzic na ich zareczyny, jak to ona i jej siostra zbieraja owoce podczas gdy ich brat poluje, zeby wyzywic rodzine, jak to plywa do szkoly canoe i nosi stanik z kokosow i spodnice ze skory tygrysa. niezmiernie wyraza swoje zdumienie rzeczami typu telewizor (ktore nazywa "shining box") i wszystkimi sprzetami AGD.
no ale przynajmniej jest zabawnie.
o Europie Amerykanie wiedza tyle, ze kobiety ponoc nie gola nog. i ze mamy Rzym "gdzies tam" ..;]
a Polacy? nosza futrzane czapy i mowia po niemiecku. i wiecznie maja snieg i mroz.
a tu jeszcze filmik, ktory potwierdza, ze nie przesadzam..;]
w piatek po meczu wszystkie pojechalysmy do domu Marcelli na impreze;] glownym celem bylo ozdabianie koszulek i bluz (nie mylic z tymi, ktore zamawiamy jako zespol). byla zrzuta po 5$ i kupilysmy papier do drukowania zdjec-wprasowanek i farbki do materialow.
zaczelo sie w uniformach od robienia glupich min i uwieczniania ich na zdjeciach.
Alexis, Alba, Kassie, Anna i ja.
potem przebralysmy sie w pizamy i zeszlysmy na parter po jedzenie. i kiedy tylko wsadzilysmy pop corn do mikrofalowki (mialysmy zamiar ogladac film) Kassie powiedziala:
-I put more than 200 pieces into my mouth the other day!
Alexis - You did not just challange me, did you?
no i sie zaczelo...
Alexis i Kassie siedzialy przez ponad pol godziny i wpychaly do buzi coraz to wiecej pop cornu. Anna notowala, my dzielnie kibicowalysmy i robilysmy sobie zdjecia z "zawodniczkami";]
Alexis wygrala 325:307.
kiedy juz nam sie znudzilo zeszlysmy na dol ozdabiac nasze koszulki.

Meghan skonczyla pierwsza i znudzona ubrala sie a'la gangsta, co - jak wszystko tego dnia - skonczylo sie sesja zdjeciowa.
a potem ja, Alba i Marcella uwiecznilysmy sie na tym oto cudownym zdjeciu..

wiecej zdjec wrzucilam do nowej galerii "cheer party";]
w poniedzialek odbyl sie juz drugi w tym roku szkolnym "snow day". polega to na tym ,ze uczniowie nie ida do szkoly (a raczej nie jada do szkoly), bo drogi sa zasniezone.
organizowane jest to w trosce o uczniow prowadzocych samochody (czyli wiekszosc - prawo jazdy dostaje sie w wieku 16 lat) zazwyczaj pierwszego dnia, w ktorym spadnie snieg.
tak wiec rano cala dzieciarnia oglada wiadomosci lokalne, zeby dowiedziec sie czy mozna sobie wrocic do lozka, czy trzeba sie zawijac do szkoly.
moja "siostra" sprawdza codziennie, wiec ja nie musze sie o to martwic. i rano o 6.00 wparowuje mi do sypialni cala w skowronkach "marta! we have a snow day today!".. na co ja zaspanym glosem "cool" i wylaczam budzik;]
bo z tym wstawaniem to tez jest nieciekawie. moja mama mnie rozumie. a moze raczej nie rozumie, ale wie, ze jestem do tego zdolna. no wiec autobus odjezdza o 6.45, a ja wstaje o 6.37. no ale jestem hardcore'owiec;P;P
nie moge nawet opisac jaka to radosc byc w jednej druzynie z Alba i Marcella! zwlaszcza na meczach wyjazdowych, kiedy jedziemy dosc dlugo autobusem (np. w piatek ponad godzine).
jakies dwa tygodnie temu zaczelo sie wielkie "mucking each other" tylko dla zabawy (niektorzy uwazaja, ze my sie nie lubimy.. nie skomentuje:P). wszystko zapoczatkowal dialog:
Marcella -should I change my cheerleading shoes now?
Alba - it would be better for all of us if you changed your face.
Marcella (mistrzyni cietej riposty)- hahahaha.
ogolnie rzecz biorac mamy swietna zabawe - nakrecilysmy nawet pare naszych "cudownych" rozmow aparatem, ale nie udostepnimy ich nigdzie i nikomu, bo bycie glupszym niz ustawa przewiduje moze byc kiedys uznane za przestepstwo i wtedy wszystkie trzy trafimy za kratki.
na koniec jeszcze inteligentna konwersacja z Alba w autobusie w drodze powrotnej.
Alba (wywijajac komorka) -hey guys, I'm going to call my host mum. I'm so excited!
ja i Marcella - wow Alba, you got a cell phone!
Alba - no that's my mum's .
Ja i Marcella - ?!?!?!
Alba - but I can still imagine its mine and then I'm excited..
heh..
moze zabrzmi to dziwnie i nierealnie, ale moja "babcia" polamala sie calkowicie na nartach (zebra, ramie, noga). na domiar zlego najlepszy przyjaciel mojego "dziadka" umarl, co oznaczalo, ze "dziadek" musial zostawic "babcie" i poleciec na pogrzeb do Californii. to z kolei oznaczalo, ze moja "mama" musiala pojechac up-north zajac sie "babcia". nie byloby to zbyt atrakcyjne dla mnie mojej "siostry", zreszta trwa rok szkolny, w piatek byl mecz, wiec zostalysmy w Rockfordzie. tyle, ze "mama" bala sie nas zostawic same, wiec musialysmy sie przeprowadzic na kilka dni do domu corki bylych sasiadow "dziadkow".
heh.. taki optymistyczny poczatek roku;];]
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 96565

e-mail: marta@perfect.wroc.pl
mozecie przeczytac o tym, jak wyglada zycie na wymianie w USA..
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: