rok szkolny w USA

..friends..

..odwiedziny..

Długi już czas minął od mojego ostatniego wpisu. Niektórzy domagają się nowych notek, jednak ja chciałabym, by ten blog pozostał jak najbardziej amerykański, by moje teraźniejsze sprawy, studia i przeżycia nie zdominowały go w całości.

Jednak jest coś, czym chciałabym się podzielić z tymi, którzy śledzili moje poczynania w Stanach, i którzy pytają mnie, czy nadal mam kontakt ze znajomymi z wymiany.

Tak! Oczywiście w dobie Facebooka, Skype’a i maili nie sposób całkowicie się od siebie odizolować (choć przyznam, że tradycyjne listy i kartki też są dla nas wspaniałymi narzędziami komunikacjiJ), jednak jest to zdecydowanie zbyt mało.

Uważamy zgodnie, że przyjaźnie jak nasze, powinny przetrwać lata i dlatego robimy wszystko, by jeszcze się spotykać. Tydzień to nie to samo, co wspólnie spędzony rok, ale zawsze jest to wspaniale doświadczenie.

Tuż po przyjeździe do Polski, pojechałam na wakacje do Alby (la Coruna). Byłam tam dwa tygodnie, poznałam jej przyjaciół i spędzaliśmy czas raz  w domku nad morze m, w Redes, raz w jej mieszkaniu mieście (które też zresztą jest nad morzem:)).

   

Zdarzało się, że w Redes było tyle osób, że musieliśmy spać w namiocie w ogródku - nikt jednak na to nie narzekał, bo przez całą noc oglądaliśmy gwiazdy, nie mówiąc już o naszych hiszpańsko - angielskich próbach komunikacji i żartach chłopaków (dwóch z nich - Carlos i Santi wytrwale udawali, że mają ochotę na Raula:))

Kiedy z kolei mieszkałyśmy w la Corunii, chodziłyśmy po mieście, na plażę i na wieczorne spacery brzegiem morza, a także tańczyć do klubów.

Aby urozmawicić nasz pobyt, rodzice Alby zabrali nas na rejs statkiem po okolicznych wysepkach.

Innym razem, wzięli nas do Santiago de Compostella - nieopodal położonego miasta z legendarnym miejscem pochówku św. Jakuba Apostoła. Miasto zachwyca monumentalną katedrą i wspaniałą architekturą.

 

Głównymi przysmakami są tam muszle św. Jakuba i ośmiornica, jednak nie miałam odwagi spróbować żadnego z nich:)

W Hiszpanii było wspaniale nie tylko dlatego, że spotkałam się ponownie z Albą, ale także, ponieważ jej przyjaciele są tak samo otwarci, zabawni i po prostu fajni, jak ona.

      

Znowu było nam się bardzo ciężko rozstać, ale wiedziałyśmy, że ponowne spotkanie jest tylko kwestią czasu. W końcu Hiszpania to nie koniec świata.

W wakacje tego roku Alba przyjechała do mnie na prawie dwa tygodnie.

Trafiła niestety na fale największych upałów, co skutecznie zniechęcało nas do wychodzenia z domu, jednak podejmowałyśmy wyzwanie i z powodzeniem zwiedziłyśmy Wrocław, robiąc jednak przymusowe przerwy w klimatyzowanych kawiarniach i galeriach handlowych.

Co ciekawe, Albie Wrocław bardzo kojarzył się ze Stanami, zwłaszcza duże galerie handlowe bardzo przypominaly jej te z Rockfordu i Grand Rapids.

Często spotykałyśmy się z moimi znajomymi - wspólnie byliśmy w ZOO, w Panoramie Racławickiej, jeździliśmy na rowerach, pływalismy po Odrze łódką i statkiem. Raz nawet umówilismy się na grilla w ogródku u jednego z moich kolegów - niestety jak na ironię był to dzień, w którym spadł deszcz, co zmusiło nas do grillowania w piekarniku:).

Albie bardzo podobały się wrocławskie parki - niemal codziennie wieczorem wyciagała mnie na przejażdżki rowerowe i za każdym razem była zachwycona (zwłaszcza wiewiórkami:)).

Jej ulubionym miejscem stał się jednak Ostrów Tumski. Jak na romantyczkę przystało wymyślila milion scenariuszy na romantyczną randkę nad rzeką, połączoną z zapięciem kłódki na Moście Tumskim:) Czasem w tym scenariuszu pojawiał się też zakup ogromnej ilości kwiatów na Placu Solnym, okrążenie Ratusza i przejście wzdłuż oświetlonego gmachu Uniwersytetu Wrocławskiego:).

Jednego dnia pojechałyśmy do Krakowa z moim tatą, gzie tradycyjnie zwiedziliśmy Rynek, Kościół Mariacki (nieświadome wysokości wdrapałyśmy się na wieżę:)), oraz Wawel.

 

Podczas naszego pobytu bardzo żałowałyśmy, ze Marcelli nie ma z nami i obiecałyśmy sobie, że spotkamy się wszystkie razem, ale o tym za chwilę.

 

Jeśli chodzi o innych znajomych, to spotykam się z nimi jedynie, gdy są w Europie.

Tym sposobem podczas wakacji w Europie w lecie 2008 roku odwiedził mnie Rafa (z Brazylii). Spędził tu kilka dni w drodze z Pragi. Oczywiście zapewniłam mu tradycyjną rundkę po wrocławskich zabytkach. Podobnie jak na Al bie, duże wrażenie wywarło na nim oświetlone nocą miasto, oraz kabanosy, które moja mama przezornie kupiła w duzej ilości i zapakowała mu na drogę:)

 

Kilka dni temu był u mnie Clovis, który jest obecnie na Erasmusie w Barcelonie. I tak jak Alba trafiła na upały, tak Clovis przyjechał w samym środku zimy. Znowu byłam zmuszona na robienie przerw podczas pokazywania mu miasta, tym razem w ogrzewanych kawiarniach.

I chociaż śnieg i temperatura dały nam się we znaki, to było to bardzo udane spotkanie:)

 

Kiedy Clovis był u mnie, wspominaliśmy nasz pobyt w Stanach i wspólnych przyjaciół, aż powiedziałam mu o naszych planach wspólnego spotkania, a on (niewiarygodnie miło z jego strony!:)) zaproponował mi swoje mieszkanie w Barcelonie. Tak się dobrze złożyło, że Marcella jest tam w zimie na stypendium (uczy się hiszpańskiego), Laura podróżuje sobie cały rok po Europie, a dla Alby podróż w obrębie Hiszpanii nie stanowi większego problemu.

 

I tu właśnie wiadomość roku (przynajmniej dla mnie): w styczniu szykuje się wielki zlot moich przyjaciół ze Stanów w Barcelonie! Będziemy wszyscy razem: Marcella, Alba, Laura, Clovis i ja.

Napiszę o tym na pewno:)

 

Zdjęcia z opisanych przeze mnie spotkań możecie zobaczyć w nowej galerii ..odwiedziny..